Umarł Miłosz. Bezradność. Jak opisać coś tak ważnego, osobę, życie i dzieło, które pozwalało ustalać miary i hierarchie. Przywracało ład i nadawało sens. Ustanawiało kryteria piękna i mądrości.
Umarł Miłosz. Pierwszy tekst pisany w nowym mieszkaniu. I niedawne zmartwienie Czesława:
"Panie Jerzy, słyszę, że to ponoć trzecie piętro bez windy. Jak ja tam wejdę?" I ja, tak bardzo pragnący uwierzyć w te słowa: "Pomalutku, panie Czesławie, pomożemy. Tam są bardzo przyjazne schody. A w razie czego Marian Stala sam pana wniesie".
Rozmowy, długie nocne rozmowy. W Berkeley, Krakowie, Wilnie. Poruszająco szczere, ale z zachowaniem męskiej powściągliwości i dystansu. Zawsze poważne, unikające banału i powierzchowności. Bourbon, wódka, dużo wódki, kiedyś nawet, w Bolinas nad Pacyfikiem, marihuana. Głód doświadczenia, chęć spróbowania wszystkiego. Apetyt, zachłanność, żarłoczność. Nieposkromiona ciekawość chłopca, penetrujący umysł mędrca, duch wzlatujący wysoko, i ciało, łaknące zaspokojenia pokus, kosztowania zmysłowego piękna świata. Wadzenie się z Bogiem, bunt wobec niesprawiedliwości i okrucieństw historii i przyrody, stawianie odwiecznych pytań o przyczyny Zła - i wyznania: "Panie Boże, lubiłem dżem truskawkowy / I ciemną słodycz kobiecego ciała. / Jak też wódkę mrożoną, śledzie w oliwie (...). / Jakiż więc ze mnie prorok?" Sprzeczności i ich przenikliwa świadomość. "Traktat teologiczny" i "Ziemskie pokarmy". Sprzeczności jako dźwignia katapultująca go w regiony dostępne nielicznym. Jak Simone Weil. Jak Thomas Merton. Czy wcześniejsi mistrzowie: Emanuel Swedenborg i William Blake. "Pieśni niewinności" i "Pieśni doświadczenia".
"Tropiciel Istotności" - tak przed laty nazwałem go sobie na prywatny użytek. Jego koncentracja wyłącznie na tym, co ważne, była nieustannym wyzwaniem. Nam, świadomym że utrzymywanie umysłu i ducha w stanie nieprzerwanej czujności i napięcia przekracza nasze możliwości, wydawało się to czymś nieosiągalnym, zarazem jednak było niesłychanie inspirujące, zmuszające do wysiłku - ażeby choć przez chwilę móc być dla niego partnerem.
Tyle rzeczy, będących jego udziałem, wydaje się niewyobrażalnych, kiedy się w nie wmyśleć.
Niewiarygodna pracowitość. Bardzo długie życie wypełnione benedyktyńskim trudem. Nie marnowanie ani chwili. Tysiące, dziesiątki tysięcy zapisanych drobnym pismem stron, biblioteka nie mieszcząca się na najdłuższej półce. Kontynent Miłosz.
Wieloletnia samotność, z dala od czytelników i życia literackiego. Determinacja w pisaniu wierszy po polsku. Pewność, że na dalekim kalifornijskim brzegu równa się to wkładaniu ich do dziupli w drzewie. Oddanie, z jakim przed swoją wierną mową stawiał miseczki z kolorami - "jasnymi i czystymi, jeżeli to możliwe, / bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno".
Siła - i pokonywanie słabości. Świadomość bycia wybranym - i chwile najgłębszego zwątpienia. Popadanie w depresje i mozolne wydobywanie się z nich - o ileż trudniejsze, gdy zabrakło Carol. Ranliwość, ból, jaki nawet jemu sprawiały zaczepki różnych gnojków, będących w stanie dostrzec co najwyżej skarpetkę, mankiet jego spodni. I niezwykła odporność, pozwalająca przetrwać doświadczenia i wytrzymać ciosy, które zabiłyby innych. Zdumiewający hart ducha i pokora Hioba, reagującego na utratę ukochanej żony wstrząsającym arcydziełem "Orfeusz i Eurydyka".
Odwaga w podejmowaniu decyzji pozornie straceńczych, odbierających jakiekolwiek szanse na pomyślny finał - i - jak to sam nazywał - szczęście głupiego Jasia, któremu wbrew wszystkim okolicznościom, wbrew jemu samemu, jeszcze raz się udało - choć nie miało prawa się udać. Niesłychana biografia. Zdumiewająca figura Losu. Jak gdyby Opatrzność jednak zapragnęła po latach nagrodzić męstwo, uczciwość i wierność sobie.
Umarł Miłosz. Dwa słowa - absurdalny oksymoron. Nieprawda. Nie może umrzeć ktoś, kto był, jest i będzie stałym punktem odniesienia. Ktoś, kto był i będzie zawsze.
Mój znak, Jerzy Illg, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009
