Ciemność i światło dzielą między siebie bieg czasu, a zapomnienie niszczy pamięć i znaczną część naszego istnienia; ledwie pamiętamy o minionym szczęściu i nawet najbardziej dotkliwe udręki pozostawiają w nas jedynie wątły ślad. Wobec ostateczności rozum zawodzi, a rozpacz niszczy nas lub samą siebie. Tylko w bajkach można skamienieć z rozpaczy. Udręki powodują nieczułość, nieszczęścia są zdradliwe lub spadają na nas jak śnieg, a mimo to nie ma głupoty w nieszczęściu. Nie wiedzieć o złu, które nadchodzi, nie pamiętać zła, które minęło – oto łaskawy dar natury, dzięki któremu trawimy jedynie nieliczne z naszych nieszczęsnych dni, nasz umysł nie jest skazany na nieustanny powrót piekących wspomnień, a nasze smutki nie są jak rana, którą wciąż od nowa otwiera ostrze.

Przez znaczną część starożytności nadzieję na ciągłość istnienia zaspokajała wiara w wędrówkę dusz. Dobry sposób, by zapewnić trwanie pamięci, zyskując ponadto licznych następców, z których każdy kolejny dokładał swoje chwalebne czyny do mnogości minionych istnień, ciesząc się sławą poprzednich wcieleń i sumując ich chwałę aż po ostatnie pokolenie. Inni, zamiast zginąć w przykrej nocy nicości, woleli stać się cząstką powszechnego bytu, drobiną w uniwersalnej duszy wszechrzeczy, a to oznaczało nic innego, jak tylko powrót do nieznanego, boskiego początku istnienia. Egipcjanie szli w swoich wierzeniach jeszcze dalej, zabezpieczając ciała słodkimi wonnościami w oczekiwaniu na powrót dusz. Lecz wszystko to marność i pogoń za wiatrem, i próżne szaleństwo. Egipskie mumie, które oszczędzili Kambyzes i czas, teraz rozkradane są z chciwości […].

Na próżno człowiek szuka nieśmiertelności i ucieczki przed zapomnieniem w ziemskich formach. Zwodnicze są także wysiłki, by ocalić swe imię, zapisując je na niebie. Kosmografia zna nazwy nieskończone licznych konstelacji: Nimrod zginął w Orionie, a Ozyrys w Psiej Gwieździe. Szukając niezmienności na niebie, przekonujemy się, że i tam jest podobnie jak na ziemi. Ciała niebieskie, trwałe w swej ogólnej postaci, składają się ze zmiennych elementów; o czym za sprawą teleskopów opowiadają nam komety i nowe gwiazdy […].

Nie ma nic prawdziwie nieśmiertelnego, poza samą śmiertelnością; co nie ma początku, nie może mieć i końca. Wszystko inne jest ograniczone i podlega zniszczeniu będącemu szczególną odmianą konieczności, która nie może zniszczyć samej siebie. A jest to najwyższy stopień wszechmocy: być tak potężnym, że nie doświadczać nawet skutków własnej potęgi. Wystarcza nam idea chrześcijańskiej nieśmiertelności, która niweczy wszelką ziemską chwałę, bo po śmierci, niezależnie od tego, gdzie trafimy, ziemska pamięć o nas traci znaczenie. Tylko Bóg może zniszczyć nasze dusze i zapewnić zmartwychwstanie naszym ciałom, a jednak nawet On nie obiecał nam trwania. Dlatego jest tak prawdopodobne, że nawet ci, którzy mieli najśmielsze oczekiwania, doznali przykrego zawodu; trzymając się za wszelką cenę przy życiu, tylko odwlekamy zapomnienie, w którym się kiedyś pogrążymy. Człowiek jest szlachetnym zwierzęciem nadającym pozór wspaniałości nawet swoim prochom, upiększającym nawet groby, na równi celebrującym narodziny i śmierć, w swojej przewrotności nie zapominając także o upamiętnianiu własnego bohaterstwa.

Życie jest czystym płomieniem i żyjemy z niewidzialnym słońcem wewnątrz nas. Nawet niewielki ogień wystarczy, póki żyjesz, ale nawet największy płomień jest za mały po śmierci. A tymczasem człowiek wciąż rozpala pogrzebowe stosy, by płonąć jak Sardanapal, choć roztropne [rzymskie] prawa dotyczące pochówków pokazują, jakim są szaleństwem i marnotrawstwem. Zamiast ogromnych płomieni, należy raczej poprzestać na skromnych uroczystościach pogrzebowych, bo nikt nie jest aż tak skąpy, by odmówić nam drewna, smoły, opłakującego żałobnika i urny.

THOMAS BROWNE
Wybór i tłum. Emilia Olechnowicz
Znalezione w: Zeszyty Literackie Nr 118