Przeżyłam dzieje wszystkich kamieni Od prapoczątku, gdy jeszcze byłam Płonącym odpryskiem słońca, Aż po dzień, gdy wyżłobiona oskardem Sprawiedliwego męża, Józefa z Arymatei, Zamieniłam się w jaskinię, W której legło martwe Ciało Jezusa – Ja, Maria wykuta w złotym piaskowcu, Maria skalista, Maria kamienna.
Ciało Jezusa leżało we mnie martwe, Wśród czterech ścian mojego ciała, Owinięte w płótno, Nasycone mirrą i aloesem, które Nikodem nabył u aptekarza Na chwilę przed zapaleniem Mosiężnych lichtarzy. Potem przywalili mnie głazem Jak nieskończonością I postawili przede mną strażników, Którzy mieli strzec Mojej samotności I mojego łona. I byłam jak matka, Byłam żywotem, W którym rosło i dojrzewało Brzemię wieczności, Ja, Maria wykuta w złotym piaskowcu, Maria skalista, Maria kamienna.
I tak przez trzy dni dojrzewało we mnie Zmartwychwstanie Ciała, które się napełniało Treścią nieśmiertelności. A działo się to w porę, Gdy pobożne niewiasty, Wróciwszy do swoich domowych zajęć, Piekły placki na gorącym kamieniu, A smutni i przerażeni uczniowie Pochowali się po obcych domach, Po strychach i piwnicach, I milczący czekali, Chociaż nie wiedzieli, na co czekają.
Aż dnia trzeciego, a było już późno Po szabacie, zaczęłam drżeć Na całym ciele. Moje łono wstrząsane konwulsjami porodu Napełniło się niebiosami i psalmami. Pękły pieczęcie na moim ciele. I wyszedł ze mnie, jak z dojrzałego owocu, Zmartwychwstały i śpiewający Bóg.
A wieczorem, gdy przybyły do mnie Pobożne niewiasty, Zgarbione, pod ciężarem wonności, Byłam już pusta, Ja, Która przeżyłam dzieje wszystkich kamieni, Maria wykuta w złotym piaskowcu, Maria skalista, Maria kamienna.
Myślący woli raczej, żeby ktoś inny dbał o jego pożytek
A największą karą: dostać się pod rządy człowieka gorszego, jeśliby ktoś nie chciał rządzić sam. Mam wrażenie, że z obawy przed tą karą rządzą ludzie przyzwoici, kiedykolwiek rządzą. Wtedy idą do rządów nie jak do jakiegoś dobra i nie dlatego, żeby tam mieli opływać, tylko jak do czegoś, co robić muszą, bo nie mają komu lepszemu lub równemu zdać tego ciężaru. I bodajże, gdyby istniało państwo ludzi dobrych, to by w nim walczono o to, żeby móc nie rządzić – tak jak teraz się walczy o rządy. Tam by się pokazało, że istotnie, kto rządzi prawdziwie, ten nie ma tego w naturze, żeby własnego interesu patrzał, tylko pilnuje interesów poddanego. Dlatego każdy człowiek myślący woli raczej, żeby ktoś inny dbał o jego pożytek, niż żeby sam miał kłopot dbając o drugiego.
Platon, Państwo
Dualizm rozgrzeszenia
No tak, ale przed bogami ani się ukryć, ani im gwałtu zadać nie można. Zapewne, ale jeśli ich w ogóle nie ma albo się nie troszczą o ludzkie sprawy, to i my się nie mamy co troszczyć o to, żeby się kryć. A jeżeli są i nami się interesują , to przecież my znikąd o nich nie wiemy, aniśmy o nich nie słyszeli, jak tylko z podań i z genealogii u poetów. A poeci sami mówią, że można z pomocą ofiar i błagalnych modłów i wotów na bogów wpływać i przeciągać ich na swoją stronę. Poetom albo trzeba wierzyć w jedno i w drugie, albo nie wierzyć ani w jedno, ani w drugie. Więc jeżeli wierzyć, to zarabiać nieuczciwie, a z tego, co się zarobi, opłacać ofiary. Jeśli będziemy uczciwi, unikniemy kary boskiej, ale odepchniemy zyski z nieuczciwości. A jeśli nieuczciwi, to zarobimy grubo, a modląc się i grzesząc potrafimy jakoś bogów ubłagać i ujść bezkarnie. Ale jednak w Hadesie będziemy karani za to, cośmy tutaj nabroili – my sami, albo nasze wnuki! Ależ mój kochany, powie ten, co wnioskuje; przecież znowu wtajemniczenia i nabożeństwa żałobne wiele mogą zrobić i ci bogowie, którzy rozgrzeszenia przynoszą – jak mówią największe państwa i potomkowie bogów, poeci i prorocy, który objawiają, że to tak jest.