Miasto nocą. Podróż w nowe, nieznane obszary znajomości, ale zarazem próba powrotu do źródeł. Szczeniackie krzyki w oknie, głośna muzyka, bałagan, walające się puszki i butelki, rozmowa. Ostrówek, kampus uniwersytecki, upodlony obszar wokół Highlandera w towarzystwie przyjaciół stały się źródłem obrazów sprzed ponad dziesięciu lat. Towarzysze podróży wciąż z niedowierzaniem przyjmują do wiadomości, że jesteśmy już zupełnie gdzie indziej, dalej. To już nie nasz kampus, a dialog z jego obecnymi mieszkańcami to raczej rwane urywki zdań.

 

Nie wiem jak u moich towarzyszy, ale u mnie jest już zgoda na to tu i teraz, a z rzewnymi resentymentami za szaleństwem dawnych lat nie mam już nic wspólnego. Może za bardzo spoważniałem i wydoroślałem. Namacalnie odczuwam ubytek sił, nawałnicę pracy, potrzebę spokoju mając w deficycie. Jest też odpowiedzialność za bycie w przestrzeni publicznej dni codziennych. Co oni mogą w przypływie tęsknoty za wczoraj, mi już nie wypada. Wszak zostałem tutaj sam na straży, wrosłem w tą przestrzeń na własnych warunkach, chociaż ta stwarza określone ramy istnienia.

 

Przeto szpakowaty już, przystojny More, znowu zakrzywił czasoprzestrzeń wracając do dni przebrzmiałych. Zdaje się być facetem, który został tam, a teraz jako podróżnik w czasie zaprzecza temu, że jesteśmy z samymi sobą w innym punkcie. Dowód na stagnację, przepis na niezmienność duszy, na chłopięcą niedojrzałość, hedonizm oraz brak autorefleksji.

 

Znosiłem jego wybryki przez cały wieczór, lecz niemożność dostania się do własnego mieszkania ciężką, mocno nietoperzą porą w stanie skrajnego zmęczenia, znieczulenia i niejako moralnego upadku oraz własnego spodlenia, przelało czarę goryczy. More spał snem kamiennym w mojej własnej norze. Nie pomogły telefony nieodebrane, domofon. Wypadało iść z kumplem oglądać świt nad Odrą. Koniec końców dobiliśmy do celu budząc sąsiada witającego obcych należnym nam bluzgiem złorzeczeń wszelkiej maści.

 

W samej norze, do której drzwi stały otworem, pozostała mi do wykonania tylko jedna czynność. Paląca wręcz niechęć do przebywania z hedonistycznym gnojkiem w tym samym miejscu i czasie. Bez większego żalu wypierdoliłem mojego gościa za drzwi wraz z całą jego mentalną bajką. Dla ludzi po trzydziestce nie rozumiejących czym jest przyjaźń i własna za siebie nawzajem odpowiedzialność, nie mam miejsca. Zatem miłej zabawy szanowny kolego. Odezwij się, jak wydoroślejesz.

 

Po burdelu weekendowej nocy dochodziłem do siebie przez cały dzień. Ponownie coś się skończyło, ponownie przekonałem się, że słowo przyjaciel to dla wielu słowo nie niosące żadnej, zupełnie żadnej treści. Tej nocy uświadomiłem to sobie po wielokroć.