Niemal rok upłynął, gdy znów przybywam na nieodległą prowincję. Miejsce, które można szczerze kochać i nienawidzić. Z racji Wielkiego Piątku postanowiłem udać się w południowe pielesze koleją, a nie jak miałem w zwyczaju, autobusem. Prowincja wbrew pozorom nie rozpoczyna się po dojechaniu do samego celu, lecz już na dworu PKP w Opolu. Do uszu dociera głos pełnej wyrzutu panny lat około 25, która będąc ubraną w feerię barw całej tęczy, zwraca się do swojego trzydziestoletniego osiłka: „Ubrałbyś się kurwa w jakieś normalne jeansy i koszulę, a nie stale ten dres. To już się robi nudne!” Taki tekst staro – młodych, którzy jeszcze się nie pogodzili z faktem dorosłości. Styl to styl, a ta się przyczepiła i suszy facetowi głowę. Tu Chrystus umiera, a ta dalej ze swoimi podjazdowymi flankami o jakieś imponderabilia kopie kruszy.

Wsiadam do szynobusu marki Unia Europejska. Rozpoczyna się gościna. Ostatni egzemplarz GW kupionej w normalnych warunkach, potem ciąg dalszy „Bestiarium” Różyckiego. Wybijam się jednak za bardzo, bo wkoło rozsiedli się panowie z browarami i od razu zrobiło się miło. Browar ma to do siebie, że w podróżnych warunkach lubi się rozlewać, toteż nie zwlekał i to uczynił. Swojski zapach, gwara, miałkość codzienności. Dzień jak co dzień – panowie wracają z pracy planując odbyć ciąg dalszy swojego Misterium Paschalnego już na ogródkach działkowych jednej z pobliskich miejscowości – tam, gdzie wzrok małżonki nie sięga. Gdyby się dowiedziała, rany boskie, koniec ciupciania! Podróż do Nysy przebiegła jak na polskie warunki komfortowo i w standardach niemal europejskich. Przymykając oko na zapach rozlanego browara, nijaki poziom dyskusji o chlaniu i wyłącznie o chlaniu (no dobra, było też o ciupcianiu) oraz burdel panujący na torowisku (kilka śmieciarek miało by co robić przez kilka dni) – tak, śmiało można powiedzieć, że polactwa było w stężeniu akceptowalnym i sam szynobus nadawał pasażerom sznytu europejskości. Z racji pasjonującej lektury nie zerkałem zbyt często na krajobraz. O ile wiosna budzi do życia wszelkie stworzenie, o tyle ruiny domostw, a zwłaszcza na wpół rozebranych, czy jak kto woli, rozkradzionych budynków kolejowych z miejsca przywróciło mnie do rzeczywistości tuż powojennej. Horror. Na szczęście już za kilka tygodni, gdy wybuchnie zieleń, która w większości pochłonie samą sobą te zgliszcza, będzie można śmiało i bez wstydu zabrać na tę trasę znajomych z zagranicy, by docenili uroki polskiej prowincji. Co prawda nie ma pewności, czy do tego czasu ktoś się nie zatroszczy o kilka szyn z torowiska na własne potrzeby, ale myślę, że już niebawem na potrzeby polskie ktoś opatentuje torowisko zwijające się za szynobusem, a rozwijające tuż przed nim i po kłopocie.

W Nysie przesiadka na autobus. Nie, to nie jest koniec torowiska - ono biegnie dalej, ale jakoś tak wyszło, że nie opłaca się tam jeździć. Ot, polska normalność. Po drodze na pokład dosiadają się Białorusini tudzież Ukraińcy - bratnie dusze. Za chlebem przybyli w te zamożne strony. Najpewniej jako robotnicy w pobliskiej wytwórni alkoholu technicznego, a może do bauera – wszak wiosna, sadzić trzeba.

I oto jestem. Ulice pustawe, wszystko w knajpie lub w kościele. W domostwach już po sezonie grzewczym, wszystko na przednówku. Ubierać trzeba się ciepło bez dwóch zdań. Katar czy przeziębienie, nie ma co ryzykować. Bywa, że w miejscowej przychodni trzy dni trzeba czekać w kolejce, a i z receptami do niedawna był absolutny kłopot. Nie ma żartów, zamknęli już tutaj kino, bibliotekę, dom kultury. Szkoła już niebawem będzie tylko wspomnieniem. Ot, raz do roku zrobi się festyn dla miejscowych i kultura odbębniona na cały rok. Będzie piwo, będą kiełbasy – starczy – myślą miejscowe władze. Z rozrywek zostały knajpiane speluny i msze święte, a tych w te dni dostatek i są inne niż zazwyczaj. Nie według oklepanego schematu, więc mają wręcz nadkomplety.

Po takim wstępie w rodzinnych okolicach znowu zdębiałem, znowu szok. Czy ja stąd, czy stamtąd? To bez znaczenia – w każdym z tych miejsc wszystko przeholowane w stronę skrajności wzajemnie się wykluczających. Tu bieda, brak intelektu, seriale, a z prasy głównie Fakt i Super Ekspres. Nic tylko siąść z resztą i się nachlać do spodu. Ci ambitniejsi z czasem równają do średniej miejscowej. Kuriozum zupełne, że sobotnią GW można dostać tylko gdzieś w okolicy godziny szóstej rano, bo przychodzi garść egzemplarzy i trzeba je sobie wystać w koleje. Nie wiem, czy to coś z dystrybucją, czy wydawca nie chce zarabiać. Kłopot powtarza się cyklicznie, gdy tylko tu jestem. Swoją drogą, bardzo się zdziwiłem, że nakład ledwie ponad 300 tyś egzemplarzy, gdy ze studiów pamiętam, że w dzień powszedni pół bańki pękało niemal codziennie, a w święta szybowało w okolice miliona. Mój dzisiejszy egzemplarz wystała dla mnie w kolejce matka – rączki całuję. Otwieram, czytam i nerwy puszczają – na święta garść tekstów o rocznicy smoleńskiej. No nic, nie mam netu, nie ma z kim porozmawiać na interesujące mnie tematy, więc przeczytałem. O zgrozo, wobec tego, co widzę tutaj wszędzie dookoła – stoi tam sama prawda. Zupełnie mnie nie dziwi, że wersję kaczystowską tak znaczna część społeczeństwa przyjmuje bez zająknięcia. Prowincja lubi klisze biało – czarne, więc to kupuje. W GW się nad tym rozwodzą i boleją, ale cóż, widzę jak jest na prowincji i już się nie dziwię. Rząd nie zapewnia tutejszym minimum bytu socjalnego, oświatowego, kulturalnego więc zbierać będzie owoce swojego nieróbstwa. Tak kurwa, postawiliśmy sobie w Stolycy Koszyk Narodowy, żeby kilku bałwanów w krótkich spodenkach poskakało sobie kilka dni. Chleba i igrzysk – więcej nie trzeba. Byle dziś było jako tako, a co jutro – nieistotne. Ersatz zupełny wobec tutejszych problemów codzienności więc pozostaje mi tylko dołączyć do lamentów Stasiuka nad kondycją świata.

Z braku czegokolwiek, w tym nawet netu, odpalam TV. Chujnia z grzybnią na większości kanałów poprzeplatana sieczką reklam, a w nich oczywiście Stoliczny Koszyk Narodowy we wszystkich możliwych wydaniach. Latają bałwany w krótkich spodenkach kopiące piłkę, zajadając się frytkami ze znanej sieci, pijąc cukrowane napoje kilku innych sieci korporacyjnych reklamując zarazem jakieś telewizory full HD i coś w ten deseń (nawet nomenklatury nowoczesnej już nie ogarniam). Tak, w tym sezonie wszyscy są sportowcami w barwach narodowych, a już zwłaszcza korporacje, które przy okazji wciskają zwykłym ludziom wszystko. Polska kocha zdrowy tryb życia - myślę - obserwując te napoje i frytki reklamujące letnie igrzyska piłkarskie. Drogi się budują i budować będą, chociaż minister zapewnia przejezdność przez plac budowy. Bufetowa (przezwisko prezydentowej Stolycy – to dla tych, co nie są w temacie) z rozmachem za ponad 200 tyś zł publicznych pieniędzy z hukiem otwiera most północny w stylu disco polo, ponoć imienia Skłodowskiej, gdy w tym samym czasie w Stolycy trwają Warszawskie Spotkania Teatralne, na którym szeroko się dyskutuje o braku finansowania kultury wysokiej oraz o drastycznych cięciach finansowych w polskiej sztuce. Środowisko twórców rozpaczliwie protestuje, ale władza jak widać zajęta jest samą sobą – fetuje niewybudowane drogi, otwiera mosty z wielkim hukiem, zamyka szkoły - bo nierentowne, zwalnia fotografów po sześćdziesiątce, promuje zdrowy styl życia i Koszyk Narodowy optymalizując służbę zdrowia, by w sposób koncertowy dać narodowi do zrozumienia: lecz się sam. Zatem kaczystowskie wydanie Polski 2.0 nie musi się za bardzo wysilać w drodze do władzy. Rząd odwala za nich porządną robotę.

Koniec narzekania, czas świętować. Żona kuzyna odbiera mnie autem spod domu do siebie. Tam jest internet, więc będzie można nadać korespondencję nie z trzeciego świata, ale z takiego, który cieżko mi jest nazywać. Po drodze mijamy nastoletnie „dzieci” z siatkami browarów popijające bez krępacji niemal pod komisariatem. Starsi udają się na wieczorne, kościelne oblucje. Wybieram miejscową knajpę wypchaną po same brzegi. TVP Kultura w miejscowej kablówce nie nadaje, za to jest pasmo dla Ojca Dyrektora. Mieszkańcy tutejszej spółdzielni mieszkaniowej mają jakieś 150 tyś bieżącego długu, brak pracy. Naprawdę, kocham to miejsce. Trwa Wielka Sobota, czas zacząć libację – zdrowie!

[MR]

Wielka Sobota 2012