Smoki zewsząd okrutne w tych dniach ostatnich. Poniekąd gorące. Tylko ten mróz odbiera chęć oddychania. Słonecznie, ale jak piszesz – ciemna depresja - smok obrzydły, zielonkawy. Im gorzej, tym lepiej; im lepiej, tym gorzej. Nijak inaczej stanu tego określić nie potrafię. Szymborska zabrała się ze swoim smokiem wieczornym, chyba bez opóźnienia, a to nieczęste w naszym kraju. Nam też odlecieć wcześniej nie wypada, chociaż zupełnie bez jej pogody ducha pozostawieni – ciemniejemy na szkle zimowego nieba. Gwiazdy co prawda wyraźne, lecz Hermes zgubił do nas drogę, a modlitwy do niego szeptane pozostają bez echa; bez wzmacniacza raczej nie sięgają górnych warstw atmosfery. Mitręga codzienności i stukanie nie w jeden kamień; to są już całe kamieniołomy. Wszelakiej zresztą proweniencji.

Był u mnie w tych godzinach czarnoksiężnik, znawca smoków kłodzkich i dobił słowem poczwarę. Sprzedałem po cenie skóry, żeby inszego w nią oprawił i w namiastce łazienki podmontował, co przyobiecał w sobotę uczynić. Pierwej jednak jego gusła i czary w samotni, gdzie smoki według tajemnych ksiąg oprawia. Pójdzie na części jak i mój zdechły już pierwej, a do tego czasu są garnki i czajniki z wodą gotowane i tylko balii ocynkowanej brakuje z czasów dzieciństwa. Był też piec z bradurą, węglowy, z wielkim garem – świnscokiem, z którego buchały kłębami gorącej pary nozdrza tej poczwary.  Kąpiel  była wówczas rodzinną celebrą odprawianą w sobotnie wieczory na środku kuchni, w której podłoga pokryta była cementem malowanym farbą olejną. W piecu strzelał ogień. Pod niskim sufitem, pełnym dymu to papierosowego, to z płonącego w piecu wilgotnego drewna gruszy, wiśni i jabłoni, latały opite tym ekstraktem smętne muchy, na które z niebieską łapką, będącą jeszcze spadkiem poniemieckim, polowała babka. Pierwsze w kolejności, do czystej i gorącej wody, szły dzieci. Piszczeliśmy drąc się w niebogłosy, a brud płatami odchodził. Piekły wszystkie skaleczenia skrzętnie zbierane na nogach, które nosiły nas przez cały tydzień po ogrodzie wypełnionym krzakami malin i agrestu. Przed oczami stawały wszystkie zwiedzone ścierniska przypominając o cenie jaką teraz płaciliśmy, gdy zadrapania uwolnione od brudu bratały się z gorącą wodą. Do tej kaźni i żywiołu, absolutnie dziś już dla mnie niepojmowalnego, dochodziła szczotka ryżowa, którą matka szorowała nam plecy. Jak te pisklęta, jeden przez drugiego, z wrzaskami przerażenia rwaliśmy się z jej mocnego uścisku rozchlapując wszędzie wodę w ramach protestu na ogrom doznawanego cierpienia. Wkurwiany dziadek, siedząc na zydelku przy piecu, mruczał najpierw pod nosem, a potem już na odlew, że jak się nie zamkniemy to jeszcze na deser pasem nam przypierdoli. Dziadka trzeba było słuchać i szanować. Hałasu piskląt nie znosił. Mycie w tych czasach było raz do tygodnia i do porządku. Dalej w pomyje wkraczał gospodarz, a na końcu babka.

MR
02.2012