Domykam kolejny cykl. Lecz to wszystko wokół, to nadal tylko słowa. Powtarzalność, poza którą zawsze jest lęk i niewiadoma. Skąd ten strach przed jutrem lub bezwolność i zgoda na cokolwiek, nie wiem sam. Ale sam w swoich myślach nie pozostaję. To pewne. Nie ważąc myśli, ważę słowa, które wypowiadam. Żeglując z każdym dniem w strony przed nikim nieuniknione, zastanawiam się, co jest lepszym: cisza myśli poukrywanych, czy też artykułowanie słów, które zawsze nadają rzeczom bieg. Doskwiera płaskość istnienia nas wszystkich; najczęściej powtarzalnych przez pokolenia w swojej fizjologii oraz żądzy posiadania wszystkich i wszystkiego. Byleby do reszty nie zatracić tych ścieżek, przy których tak wielu biwakuje, pozostając z pilotem tv odmierzającym serialowy bezsens ich istnienia i płaskość nawet myśli, a co dopiero słów. Ci są jak refren powtórzenia w pieśni, której znaczenia już nie pojmują.
