Dąb litewski, słów którego tak niewiele jeszcze znam, u kresu swojej podróży miał przy sobie prof. Andrzeja Szczeklika. Poznałem swego czasu jego relację z dni ostatnich poety, a w ZL znalazłem kilka słów o strzałce czasu w medycynie (ZL Nr 104). Tak oto życie w pejzażu słów Szczeklika, zdaje się być podróżą Ulissesa żeglującego do celu, a jednocześnie zagubionego wśród poczynań greckich bogów. Życie zachwyca swoimi tajemnicami, ujmuje pięknem poznania wszystkich tych swoich przejawów, których nie definiuje się w kategoriach dobra oraz zła. Po prostu jest takim, jakim jest. A jest poezją - stanem niezbywalnych myśli toczących każde istnienie, w którym krąży ciepła krew, chimerycznością słów, myśli oraz uczuć.
Zgłębiając książki Szczeklika (Katharsis, Kore) pozostaje nieodparte wrażenie fascynacji życiem, które profesor z dużą dozą dystansu, ale nie bezosobowo, prezentuje z punktu widzenia lekarza - humanisty. Autor opiera swoją literacką podróż przez dzieje medycyny o esencję starożytności jaką jest mitologia, malarstwo na przestrzeni wieków, odkrycia nowych metod diagnozowania oraz leczenia. Konstrukcja myśli wsparta o jego osobiste doświadczenia oraz wiedzę, spokój i piękno przekazu, nie pozostawia żadnych wątpliwości, że życie jest, trwa, czasami niedomaga, ostatecznie odchodzi, po czym znowu rodzi się na nowo. W tych tekstach upatruję myśli o fatum, które dotyczą każdego istnienia. Fascynująca opowieść oraz pogodny sposób narracji godzi czytelnika z tym, co trwa tylko ulotną chwilę – życiem mającym swój początek i koniec, który jest nieunikniony.Zniknąłem dokładnie rok temu. Tego dnia, którego otrzymałem list. Wzywał mnie do miejsca, gdzie rozpocząłem życie wśród słoni. Proszę, wybacz mi to całoroczne milczenie. Ten list przerywa tę ciszę. Oznacza on pierwszy z trzystu sześćdziesięciu pięciu listów do Ciebie. Jeden za każdy dzień milczenia. Nigdy nie będę bardziej sobą niż w tych listach. To moje mapy dróg kreślonych przez ptaka po niebie. I szczerze mówiąc, są one wszystkim co poznałem. Będziesz pamiętać wszystko. Wszystko będzie jak dawniej. Na początku czasu niebo było pełne latających słoni. Każdej nocy kładły się w tym samym miejscu na niebie i śniły z jednym otwartym okiem. Gdy nocą patrzysz w rozgwieżdżone niebo, patrzysz w te niemrugające oczy słoni śpiących z jednym otwartym okiem po to, by jak najlepiej nas widzieć. Od kiedy spłonął mój dom, widzę księżyc wyraźniej.

Słoń ze wzniesioną trąbą jest listem do gwiazd. Wynurzający się waleń jest listem z głębin oceanu. Te obrazy są listami do moich snów. Te listy są listami do Ciebie. Moje serce jest jak dom, którego okien nie otwierano latami. Ale teraz słyszę otwieranie okien, przypominam sobie żurawie krążące nad topniejącymi śniegami Himalajów śpiące na ogonach morskich słoni. Śpiewy wąsatych fok. Rżenie zebr. Zgrzyt piasku. Uszy rysia. Kołysanie się słonia. Wynurzanie się waleni i sylwetkę antylopy. Pamiętam jak surykatka kręci młynka. Pływanie po Gangesie. Żeglugę po Nilu. Schodzenie po stopniach Dhamma - Yassikhi. Pamiętam wędrówki korytarzami Hatszepsut i twarze wielu kobiet. Bezkresy mórz i rzeki ciągnące się tysiącami mil. Pamiętam ojca... dzieci... i smak...Pamiętam...ciastko... wieloryby... obieranie brzoskwini... Wszystko pamiętam. Ale nie pamiętam, bym kiedykolwiek miał... ukochanego.
Projekt tej strony trwa w sieci od roku i kilkunastu dni. Dużo to czy mało? Ogień pozostanie ogniem, i na wzór mojej babki przyjdzie kiedyś czas, gdy strona zgaśnie, a krew w naczyniach krwionośnych zastygnie nim obróci się w proch. Będą następni, wszak życie ma to do siebie, że w cudowny sposób replikuje się i powiela przez kolejne pokolenia. Nim przyjdzie ten czas, zaznam nieokreślonej ilości dni i nocy przepełnionych lekturą istnień współtowarzyszących mi w tej wędrówce przez czas. Wśród nich jest z pewnością ta jedna, rozumiejąca moje światy. Zerkając wstecz, na ten miniony rok - constans. Jak dla mnie, to bardzo dużo. Brak grzmotów, nawałnic. Spokojna wędrówka zaopatrzona w sakramenty innych już książek niż te dawniej przez babkę spalone. Jesion nad jej domem, którego taniec konarów pełnych liści tak gwałtownie rozpalał moje dziecięce lęki, został w ubiegłym roku wycięty. Był ostatnim pomnikiem tamtych dni; ostatnim fizycznym śladem moich marzeń z wczesnego dzieciństwa, z którego zostaje bardzo niewiele - garść mglistych wspomnień niczym marzeń na jawie posianych pośród nawałnicy życia. Mech porastający pamięć kamienia, który trwa, nim nie skruszeje.krew w kość kość w szpik
szpik w proch proch w śnieg
Pióro w ogień ogień w krew
krew w kość kość w szpik
szpik w proch proch w śnieg
Pióro w ogień ogień w krew
krew w kość kość w szpik
szpik w proch proch w śnieg
Pióro w ogień...
W tych dniach i nocach przepełnionych myślami o egzystencji, pozostaje zawierzyć swój los szamanom wiedzy tajemnej, których badania nad kondycją życia nigdy nie osiągną ostatecznego celu. Fizycznie, ludzka istota nie osiągnie nieskończonej nieśmiertelności. Kamień filozoficzny, by nim pozostać, musi być wciąż nieodgadnioną ideą, która rozpalać będzie wyobraźnie kolejnych pokoleń. Zaś nam, tym z tu i teraz, pozostają poszukiwania korzenia mandragory.
Czy poszukasz go ze mną?
„Gdy chodzi o historię, żadne z ziół nie równa się z mandragorą. Przychodzi ona do nas z magicznej przeszłości, z najstarszych wierzeń ludowych. Mówiono, że wywodzi się z Edenu, miała zrodzić się w Raju, i to najpewniej przed człowiekiem. Z jej właściwości narkotycznych korzystała szeroko medycyna. W komedii Niccola Machiavellego mandragora ma w sobie moce erotyczne i zapładniające. Występuje w nowelach Boccaccia, wymienia ją wielokrotnie zarówno Szekspir, jak i Goethe w Fauście. Jej korzeń ma kształt ludzki, a ponieważ podobne działa na podobne, jej władza rozciąga się nad całym ludzkim ciałem. Należy do osławionej rodziny psiankowatych, tak jak bieluń i inne zioła czarownic. Rośnie na cmentarzach albo u stóp szubienic; rodzi się z ostatnich kropli nasienia wisielca.Zbieranie mandragory łączyło się zawsze z niebezpieczeństwem, ponieważ roślina, czując, że jest wyrywana z ziemi, krzyczy. Krzyk to tak straszny i rozdzierający, iż ten, kto go usłyszy, umiera. Dlatego najlepiej uciec się do sprawdzonej przez wieki metody. Spulchniwszy ziemię wokół korzenia, przywiązuje się do niej psa i stawia przed nim miskę z jedzeniem. Pies rzuca się ku niej i wyrywa drogocenny korzeń. Słychać mrożący krew w żyłach krzyk i pies pada trupem. Hekate, bogini rozstajnych dróg i ciemności, opiekunka wiedźm, która rozbudza w ludziach szaleństwo, przyjmuje radośnie tę ofiarę do swego królestwa.
O mandragorze wiedziano, że jest ziołem specjalnym, kryjącym w sobie właściwości szczególne. Może być „jednocześnie źródłem radości i bólu”, zarówno miłosnego szaleństwa, jak i ukojenia. Przynosiła więc niewiadome, nieprzewidywalne. Była w tym jak „akt miłosny, skok w ciemność, w nieznane”. Dawała w darze zapomnienie, wyzwolenie z czasu, zdolność do całkowitego utożsamienia się z chwilą. Wzbijała do lotu, otwierała na miłość - ślad wieczności. Ale też niosła ból, którego nie da się oddzielić od miłosnej ekstazy, ból złączenia i ból rozstania. Była jednym wielkim ryzykiem - od próby jej zdobycia aż po przyjęcie. I dla tego ryzyka tak bardzo jej poszukiwano.”
Artykuł powstał z inspiracji rozmową z E. oraz D.
Tekst zaznaczony kursywą jest listą dialogową [ modyfikowaną] filmu Ashes and Snow.
Tekst o mandragorze: A. Szczeklik, Kore. O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny, Instytut Wydawniczy Znak, 2007.
